NAMYSŁY

Bo we mnie jest Ten – Nieskończony

Przypadające na dzisiejszy dzień czytania mówią o buncie. O buncie człowieka przeciwko Bogu. O buncie, który najpierw odnosi się do opisywanych przez Stary Testament dziejów Izraela, łamiącego prawo Boże, lekceważącego Najwyższego poprzez wznoszenie na wzgórzach swej ziemi ołtarzy poświęconych bożkom, sprzymierzającego się z pogańskimi mocarstwami ówczesnego świata. O buncie mówi także czytany dzisiaj fragment Ewangelii Mateuszowej.

Zwątpienie mieszkańców Nazaretu, odnoszące się do mesjańskiego posłannictwa Jezusa, znalazło swój dramatyczny finał w tym, co przekazał nam św. Łukasz – mieszkańcy Jego rodzinnej miejscowości „porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić” (Łk 4, 29).

Zarówno pierwszy, jak i drugi bunt skończyły się tragediami. Zdobyta w roku 586 przed Chrystusem przez króla babilońskiego Nabuchodonozora Jerozolima, została całkowicie zniszczona, a ludność uprowadzona do niewoli w dorzecze Eufratu i Tygrysu. Jerozolima, która nie chciała uznać Boga w Jezusie Chrystusie, została zniszczona przez wojska rzymskie pod wodzą Tytusa w 70 roku. Sprawdziło się dokładnie to, co Chrystus jej przepowiedział: nie pozostał w niej kamień na kamieniu (por. Łk 21, 5-6). A wszystko dlatego, że Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego – i odrzuciła Boga.

Nauka historii jest pod tym względem jednoznaczna: za każdym razem, gdy odrzuca się Boga, odrzuca się również człowieka i jego godność, depcząc ją w sposób niekiedy praw-dziwie przerażający! Jakże dobitna pod tym względem, i jakże jednocześnie tragiczna, jest historia XX wieku, tak głęboko naznaczona działającymi w tym okresie czasu systemami totalitarnymi: czerwonym – bolszewickim i brunatnym – nazistowskim, hitlerowskim. Totalitaryzm bolszewicki walczył z religią, bo Marks stwierdził, że jest ona „opium ludu”. Opium, czyli narkotykiem, który pozbawia człowieka wolności ducha. Lenin sparafrazował to Marksowskie powiedzenie, odwołując się do tradycji głęboko zakorzenionej w tradycji rosyjskiej i mówiąc: „religia jest gorzałką dla ludu”. Zatem trzeba z nią za wszelką cenę walczyć w imię wielkości „nowego człowieka”, człowieka radzieckiego. Podobnie z chrześcijaństwem walczył Hitler. Symbolicznie wyrażała to swastyka – krzyż o złamanych ramionach. To już nie chrześcijański krzyż miał być symbolem humanizmu, który przez prawie dwa tysiące lat tak głęboko przenikał europejską i zachodnią kulturę, ale swastyka, która zwiastowała nowy ład i porządek „rasy panów” i „nad-ludzi”, przekonanych, że ich misją dziejową jest anihilacja niearyjczyków, wytępienie Żydów, sprowadzenie Słowian do poziomu niewolników.

Przeciwko jednej i drugiej, tak złowrogiej – ateistycznej i antyhumanistycznej – ideologii jednoznacznie wystąpił Kościół katolicki. Wystąpił wcześniej, niż podobne w swym przesłaniu słowa oburzenia przeciwko nim popłynęły z głównych stolic państw demokratycznych. Mam tu na uwadze przede wszystkim encykliki, które wiosną 1937 roku skierował do świata papież Pius XI. W ogłoszonej 14 marca tego roku encyklice Mit brennender Sorge (Z palącą troską) potępiał on nazizm właśnie za to, że wyniósł on człowieka ponad Boga, a z takich wartości, jak: rasa, państwo, przedstawiciele władzy, uczynił bogów. Wynosząc ich tak wysoko, uczynił z nich miarę najwyższych wartości. Wiązało się to z odrzuceniem prawa naturalnego, które w głębi sumienia każdego człowieka mówi jednoznacznie: „czyń dobro, nie wolno ci czynić zła!”. Kilka dni później, 19 marca tego samego roku, Pius XI ogłosił encyklikę Divini Redemptoris, noszącej podtytuł O bezbożnym komunizmie. W dokumencie tym komunizm został określony jako bezbożny, barbarzyński, jako przerażające i zagrażające ludzkości niebezpieczeństwo. Że było to niebezpieczeństwo prawdziwie przerażające, najlepiej świadczy los Polski. Zwłaszcza ten, który objawił się jej i światu w dniu 1 września 1939 roku. Mimo wcześniej-szych propozycji, Polska nie chciała iść na ugodę ani z jednym, ani z drugim ateistycznym totalitaryzmem.

Dlatego też walka o Polskę i o polską duszę, która zaczęła się 1 września 1939 roku, była bardzo jasno określona: „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Na pierwszym miejscu Bóg, który jest jedynym i ostatecznym gwarantem wolności i godności człowieka, przejawiającej się także w szczególnej czci i szacunku do jego honoru. Jako konsekwencja tego zmagania o właściwe w życiu człowieka miejsce dla Boga i jako konsekwencja tego zmagania o własny honor i cześć jawiło się trzecie zmaganie – o wolną i niepodległą Ojczyznę. Miał rację Jan Nowak-Jeziorański, mówiąc, że Powstanie Warszawskie zaczęło się właśnie wtedy – w pierwszy dzień drugiej wojny światowej. Przy wszystkich tragediach, jakie stały się udziałem narodu polskiego przez prawie pięć lat, od 1 września 1939 do 1 sierpnia 1944 roku, nigdy nie poszedł on na kompromis z wrogiem. Nie było w Polsce żadnych oddziałów, które chciałyby iść razem ramię w ramię z jednostkami SS, tak jak to było w przypadku wielu krajów na za-chodzie, północy i na wschodzie Europy.

Polska miała od samego początku, tuż po klęsce kampanii wrześniowej, tak niezłomnego w sobie ducha, że stworzyła – jako jedyna pośród innych podbitych przez hitlerowców państw – własne państwo podziemne, odwołując się do tradycji Powstania Styczniowego. Miała swój rząd, swoje sądownictwo, swoją armię, swoje szkolnictwo. Miała też, od samego początku, ogromne wsparcie w Kościele katolickim. Tuż po zakończeniu kampanii wrześniowej 1939 roku doszło do szczególnego porozumienia między obydwoma ateistycznymi totalitaryzmami. Jego celem było fizyczne wy-niszczenie najszlachetniejszych, najbardziej wykształconych i znaczących synów i córek polskiego narodu. Nawet wtedy, gdy w 1941 roku doszło do śmiertelnych zmagań między hitlerowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim, jedna i druga strona zapis tego porozumienia, sprowadzającego się do systematycznego wyniszczania Polski i Polaków, realizowała w sposób niezwykle konsekwentny. Aż do końca. Aż do 1945 roku. Także później.

Od samego też początku uderzono w fundamenty polskiego ducha, to znaczy w Boga i w tych wszystkich, którzy dla polskiego narodu byli z racji powołania, święceń i urzędu pierwszymi świadkami Boga. Nie bez powodu w Kraju Warty, do którego należał także dystrykt łódzki, masowo zabijano i aresztowano księży katolickich, osadzając ich w obozach koncentracyjnych. Wraz z eksterminacją polskiej inteligencji szła w parze eksterminacja polskiego duchowieństwa. Znajdująca się w naszej Katedrze tablica pamiątkowa, poświęcona 153 zamordowanym przez hitlerowców kapłanom Diecezji Łódzkiej, jest tego zmagania z polskim duchem i katolicką wiarą szczególnie przejmującym znakiem.

Godzina „W” – godzina wybuchu Powstania Warszawskiego we wtorek 1 sierpnia 1944 roku została ostatecznie wyznaczona na godz. 17.00. Jednakże już o godzinie 11.00 zebrali się kapelani Armii Krajowej, by udać się do oddziałów, w których mieli służyć. Na to spotkanie nie zdążył ks. płk Tadeusz Jachimowicz, ps. „Budwicz”, mianowany przez ówczesnego biskupa polowego Wojska Polskiego Józefa Gawlinę naczelnym kapelanem i szefem Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych. Zastępował go wtedy ks. mjr. Stefan Kowalczyk, ps. „Biblia”. To właśnie wtedy padły słowa, że „bez wartości duchowych o zwycięstwie Powstania nawet marzyć nie można”.

Dzisiaj, w 70. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, wspominamy tych, którzy stali się szczególnymi świadkami wartości duchowych, pozwalającym innym marzyć o zwycięstwie. Wspominamy około 150 kapelanów i sióstr zakonnych, którzy wzięli udział w Powstaniu i którzy bohatersko uczestniczyli w tym wszystkim, co złożyło się na historię 63 długich dni powstańczego zrywu. Odprawiali Msze święte i nabożeństwa w kościołach i na podwórkach, modlili się w piwnicach, udzielali rozgrzeszenia in articulo mortis, byli szafarzami sakramentu chrztu, błogosławili małżeństwa, uczestniczyli w pogrzebach. A tych pogrzebów było coraz więcej. Każdego dnia żniwo śmierci przynosiło przerażające w swym ogromie liczby zabitych, rozstrzelanych, umierających w gruzowiskach.

W powstańczym piśmie „Walka” można było przeczytać: „Są dwa symbole Powstania: biały orzeł i ksiądz katolicki z biało-czerwoną opaską, który wśród bomb śpieszy na kapłański posterunek”. Kapłani byli razem z powstańcami i ludnością cywilną. Byli, ponieważ inaczej nie można było wyrazić tej świętej jedności: wiary w Boga, przywiązania do honoru, czci i szacunku wobec każdej osoby ludzkiej, ukochania Ojczyzny.

Wśród najbardziej znanych, wręcz legendarnych kapelanów Powstania, wspominamy dzisiaj ks. prof. Jana Salamuchę, ks. Jana Zieję, o. Tomasza Rostworowskiego SJ, o. Józefa Warszawskiego SJ, ks. Stefana Wyszyńskiego, bpa katowickiego Stanisława Adamskiego. Spośród ponad stu kapelanów, czterdziestu oddało swoje życie. Niektórzy w okolicznościach prawdziwie dramatycznych.

Ks. płk Tadeusz Jachimowicz, w pierwszych dniach Powstania znajdując się pośród polskiej ludności cywilnej na Woli, został przez SS-manów wyciągnięty z tłumu przerażonych ludzi tylko dlatego, że miał na sobie sutannę, i wobec nich zastrzelony…

Michał Czartoryski, dominikanin, nie chciał opuścić szpitala i znajdujących się w nim rannych żołnierzy i cywilów. Kiedy wtargnęli do niego Niemcy, był pierwszym, którego zastrzelono. Błogosławiony, wyniesiony do chwały ołtarzy przez św. Jana Pawła II, w 1999 roku…

Podobny los spotkał ks. prof. Jana Salamuchę. Nakłaniano go, by ewakuował się z żołnierzami, by nie pozostawał z rannymi. Jest przecież tak wybitny, tak znany w całym świecie myśliciel, filozof, teolog. Wołał zostać… Stał się pierwszą ofiarą masakry, jaką urządzono wszystkim rannym powstańcom i cywilom, znajdującym się w szpitalu…

Ks. Józef Stanek, pallotyn. Od samego początku obecny pośród tych, którzy najbardziej jego kapłańskiej pomocy potrzebowali. A kiedy Powstanie już chyliło się ku upadkowi i trzeba było za wszelką cenę ratować tych, którzy jeszcze ocaleli, z białą flagą, w końcu września, wyszedł w stronę Niemców. Ci go pochwycili, brutalnie zmasakrowali, a potem powiesili na kapłańskiej stule, którą ciągle miał na sobie… Także wyniesiony do chwały ołtarzy przez Jana Pawła II.

Dzisiaj, podczas tej rocznicowej Mszy świętej nasze oczy skierowane są na Chrystusowy ołtarz, który mówi o najwyższej i ostatecznej ofierze miłości Boga wobec człowieka. Równocześnie nasze oczy są zwrócone na trumnę, w której spoczywają doczesne szczątki pierwszego kapelana, który zginął w Powstaniu, Sługi Bożego ks. Tadeusza Burzyńskiego. Dokładnie 70 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, oddał swoje życie, jak wielu, wielu innych – żołnierzy, księży, sióstr zakonnych, cywilów – poległych w czasie Powstania.

A przecież wiemy, że dla znaczącej części tych, którzy przeżyli, jego gehenna nie zakończyła się razem z jego upadkiem. Że kolejny totalitaryzm, jaki zapanował w Warszawie i w całej Polsce, brutalnie prześladował powstańców. A przede wszystkim robił, co tylko było w jego mocy i na jego usługach, aby pamięć o nich jeśli nie całkowicie wymazać, to przynajmniej zbezcześcić. Jakże wymowną rzeczą, za którą musimy dziękować Bogu, jest to, że dzisiaj przy tej trumnie stoi warta honorowa Wojska Polskiego. Że w ten sposób czci się bohatera Polski i przyszłego błogosławionego Kościoła.

Ks. Tadeusz Burzyński, urodzony w Chruślinie w 1914 roku, kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa. Jego ojciec został wcielony do armii rosyjskiej. Na szczęście przeżył wojnę i powrócił do domu. Nie potrafił jednak zapobiec biedzie, która wtedy dotkliwie dotykała polską wieś. Wbrew materialnym trudnościom młody Tadeusz za wszelką cenę pragnął się uczyć. Równocześnie duchowo dojrzewał, zatroskany o to, by formować w sobie szlachetny charakter, gotowy do tego, by zmagać się o dobro w sobie i wokół siebie. To dlatego już w młodzieńczych latach wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego. W tym samym też czasie został członkiem sodalicji mariańskiej. W roku 1933, kiedy Hitler dochodził do władzy, wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Cieszył się dużym poważaniem swego otoczenia, przełożonych i kolegów, wybijając się pośród nich szczególną duchową dojrzałością. Dzięki temu po ukończeniu seminaryjnych studiów i otrzymaniu święceń kapłańskich z rak biskupa łódzkiego Włodzimierza Jasińskiego, został skierowany na dalsze studia teologiczne do Warszawy. Nie przerwała ich wojna. Był studentem tajnego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Warszawskiego, pisał pracę magisterską pod kierunkiem ks. prof. Eugeniusza Dąbrowskiego, najwybitniejszego wtedy polskiego biblisty. Jednocześnie dojrzewał – w tym, co znaczy być księdzem, i w tym, co znaczy być księdzem w umęczonej Polsce! Był członkiem AK. O tym, co znaczy być kapłanem do końca, uczył się również – i trzeba to podkreślić także dzisiaj – od pewnego młodego księdza niemieckiego. Tenże ksiądz ciężko ranny, podyktował list do swojej siostry o następującej treści: „Moja najdroższa ukochana Siostrzyczko! Nie smuć się, kiedy ten list otrzymasz. (…) Jestem ciężko ranny, niezadługo muszę umrzeć. (…) 19 czerwca spotkała mnie przygoda na polu bitwy. Mam ciężko zraniony brzuch, urwane obie ręce i prawą nogę. Cierpię dużo, ale to dla Zbawiciela i dla dusz… (…) Ale wiedz, że to znoszę spokojnie i z radością. Tak jest. Z radością oddaję Zbawicielowi moje kapłańskie życie. Oddaję ja takim, jakie go od Niego otrzymałem przed dwoma laty. Było to kapłaństwo czyste i święte. Mogę stanąć przed Zbawicielem i pójdę do Niego. Cieszę się, bo będzie to wielka nagroda. Za wszystkie ofiary, za wszystkie cierpienia, za wszystko zapłaci mi Zbawiciel, i dlatego chętnie umieram. (…) Czy mam Ci powiedzieć, jak doszedłem do tej gorącej miłości Zbawiciela? Codziennie wielki akt umartwienia, codziennie ćwiczyłem się w aktach pamięci na obecność Bożą, i to już od dwu-nastego roku życia. Błogosławieństwa dać ci już nie mogę, ale całuję cię po raz ostatni. (…) Bądź mężna. Twój Eryk”.

Komentując ten list 22 lipca, na dziesięć dni przed swoją śmiercią, ks. Tadeusz pisał do swojego przyjaciela ks. Tadeusza Pecolta: „Od pewnego czasu obchodzą mnie sprawy kapłańskie żywiej niż dotychczas. Dziwne są drogi Opatrzności. Zaczęło się od przeczytania listu jednego kapłana niemieckiego. Przytaczam ci ten list. Na mnie zrobił nie-zwykłe wrażenie. Pomódl się za mnie, bym chociaż trochę zrozumiał urok tej pracy i odpowiedział wiernie wszystkim łaskom, jakie mi są w zamiarach Bożych przydzielone”.

Dziesięć dni żył treścią tego listu. Nie wiedział, że właśnie on poprowadzi go do Boga. 1 sierpnia 1944 roku, o godzinie 16.00, będąc kapelanem u sióstr urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego w Warszawie, jak zwykle rozpoczął codzienną adorację Najświętszego Sakramentu. Godzinę później posłyszano strzały. Szybko uświadomiono sobie – wybuchła godzina Powstania! Zbliża się wolność! Wolność od samego początku okupiona cierpieniami i śmiercią. W domu sióstr rozległy się wołania o pomoc dla pierwszych rannych powstańców. Ksiądz Tadeusz, tak jak klęczał przed Najświętszym Sakramentem, w komży i stule, wziął oleje święte, by iść do nich z kapłańską posługą. Za nim udały się cztery siostry z noszami. Trzy z nich już nie powróciły. Wtedy trafiła go seria z karabinu maszynowego… Po kilkunastu minutach został przyniesiony do domu sióstr. Nie chciał żadnych środków znieczulających. Chciał umierać świadomie. Prosił księdza, by mógł raz jeszcze przyjąć sakrament pokuty i pojednania, mimo, że tego dnia rano już do tego sakramentu przystępował. Jego ostatnie słowa, to słowa mówiące o miłości do Chrystusa, do Jego Serca, całkowicie oddające się Je-mu: „Jezu, kocham Cię, Jezu, adoruję Cię”. O godzinie 18.00 odszedł z tego świata.
Pierwszy kapelan, który zginął w tym niezwykłym wybuchu miłości do Ojczyzny, jaką było Powstanie Warszawskie! I jeden z pierwszych świadków tego, że nie ma takiej rzeczy, której by nie należało dla Ojczyzny oddać. Został pochowany na podwórku salezjańskiego domu, naprzeciw domu sióstr urszulanek. W kwietniu 1945 roku jego ciało zostało przeniesiono do rodzinnej parafii w Chruślinie. W roku 1964, w dwudziestą rocznicę Powstania Warszawskiego, alumni Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi przybyli do jego grobu, by się modlić. Dzisiaj jego doczesne szczątki chcemy pochować w Katedrze, przy tablicy mówiącej o 153 innych kapłanach tej samej Diecezji Łódzkiej, którzy podobnie jak on żyli kapłańskim życiem do końca. Życiem, w które było wpisane to, aby dać najwyższe świadectwo o Bogu, o człowieku, o Ojczyźnie. Jego proces beatyfikacyjny trwa. Miejmy nadzieję, że już wkrótce będzie z kolejnymi bohaterami tamtego czasu wyniesiony do chwały ołtarzy i ogłoszony błogosławionym świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła.

Pozostawił po sobie naszą pełną wdzięczności pamięć – on, młody, trzydziestoletni człowiek, mający zaledwie sześć lat kapłaństwa. Pozostawił też po sobie młodzieńcze wiersze. Fragmenty trzech z nich pragniemy dzisiaj przytoczyć. W pierwszym, który nosi tytuł „Me cele”, zawarł następujące wyznanie: „całe me życie na ołtarz złożę / ołtarz ofiary – uświęcony! / Serce moje wszystkim otworzę / bo we mnie jest Ten – Nieskończony”. Natomiast w wierszu „Szukałem Boga” niejako zapowiedział chwilę swego męczeństwa: „zostałem wreszcie nasycony / w ludzkiej krew łzawych nizinie / znalazłem potęgę wieczną Boga/ w cierpienia mojej godzinie”. Na koniec trzeci wiersz – „Bezsilny ból”: „Wzlecę na skrzydłach w tę dal wysoką/ wzlecę w te błędne, niezmierzone strony/ w zawrotny bezmiar, gdzie mi wskaże oko / gdzie bytu zagadka – Ten Nieskończony. / Wiara i miłość skrzydłami mi będą/ w locie do słońca, w niebieskie przestworze / przemierzę przestrzeń w szalonym zapędzie/ przed Tobą padnę, wiekuisty Boże”.

W tych trzech fragmentach wierszy Księdza Tadeusza zostały zapisane: jego ideały, jego trud poszukiwania Boga, jego wyznanie nadziei w wieczne zbawienie. Te wiersze są odpowiedzią na to, co się obecnie dzieje. Na to, co tak trafnie wyraziła wybitna współczesna socjolog i filozof francuska Chantal Delsol, stwierdzając, że Europę, w tym także Polskę, zżerają nihilizm i pogaństwo. Bo na naszym kontynencie i w naszej Ojczyźnie zadekretowano, że nie ma być już więcej miejsca na autentyczny humanizm chrześcijański, że słowo „Bóg” należy jeśli nie ostatecznie wykreślić, to przynajmniej wyplenić z publicznej przestrzeni życia, że nie istnieje honor, gdyż liczy się tylko cynicznie zdobywany zysk, że święte słowo „Ojczyzna” trzeba zohydzić i szyderczo odrzucić.

A tymczasem on, ksiądz Tadeusz Burzyński, Sługa Boży, uczy nas dzisiaj, co znaczy Bóg, co znaczy ceniący swój honor człowiek, co znaczy Ojczyzna jako Matka.

Ksiądz Arcybiskup Marek Jędraszewski – homilia wygłoszona podczas Mszy św. z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego – Łódź – 1 sierpnia 2014 r.

Na podstawie: archidiecezja.lodz.pl

Zobacz także
Brońcie z mocą prawa Boga do człowieka
Salve Regina!

Zostaw komentarz

Treść*

Twoje Imię*
Strona www

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.