NAMYSŁY

Nie zapominajmy nigdy o śmierci i o wieczności

Pragnąłbym poinformować moich przyjaciół, że i ja sam dwa razy w życiu przeżywałem śmierć. Myślałem, że już zaraz, lada chwila umrę. Pierwszy raz było to dnia 23 czerwca 1941 r., a drugi raz dnia 6 kwietnia 1949 r.

Dnia 23 czerwca 1941 r., w drugim dniu wojny radziecko-niemieckiej, znajdowałem się w więzieniu w Łucku. Tegoż dnia były tam krwawe i tragiczne zajścia, a mianowicie masowe rozstrzeliwania więźniów. My wszyscy, którzyśmy szczęśliwie zostali przy życiu, także leżeliśmy na dziedzińcu więziennym pod gradem kul. Uważam za zbyteczne szczegółowo to opisywać. Wszak żyją w Polsce tacy, co przeżyli tę samą straszliwą makabrę. Natomiast uważam za wskazane opisać wam tylko jeden moment.

Kiedy leżałem na dziedzińcu więziennym pod kulami, byłem dziwnie spokojny. Całe moje – wówczas 36-letnie – życie skurczyło się do jakiejś znikomej chwilki. Udzieliłem jeszcze rozgrzeszenia moim sąsiadom leżącym obok mnie na ziemi. Myśl moja pracowała bardzo intensywnie. Przeżywałem koniec doczesności i brzask wieczności. Było to przeżycie niewypowiedziane i wzniosłe, absolutnie niemożliwe do zapomnienia. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym odczuł ból rany. Ale nie było żadnego bólu ciała, a duch krążył swobodnie między doczesnością a wiecznością, jak nigdy przedtem i potem w życiu. Trzy dni później byłem już na wolności.

Dnia 6 kwietnia 1949 r. znajdowałem się w szpitalu obozowym w Czelabińsku, bo byłem bardzo ciężko chory na zapalenie płuc. Choroby tej nie można było uniknąć. Codziennie chodziłem na robotę, lecz byłem bardzo silnie przeziębiony, kaszlałem uporczywie i czułem się fatalnie. Niejednokrotnie prosiłem o zwolnienie z pracy, którego wciąż mi odmawiano, bo nie było podwyższonej temperatury. Aż pewnego dnia wróciłem z pracy do obozu rozpalony wysoką temperaturą i miotany dreszczami. Zaraz po powrocie z pracy udałem się do szpitala obozowego. Zmierzono mi temperaturę. Było 40,6 stopnia. Leżałem w szpitalu już mniej więcej tydzień. Z każdym dniem czułem się coraz gorzej coraz słabiej. Nie było silnych bólów, ale ta słabość niewyobrażalna… Aż wreszcie, było to 6 kwietnia wieczorem, poczułem, że umieram. Byłem tak słaby, że trudno było myśleć, ale raczej podświadomie pojawiło się skojarzenie z przeżywanej rzekomo zbliżającej się śmierci, tam, w

Łucku, na dziedzińcu więziennym. Jakaż tęsknota do podobnych wzniosłych przeżyć… Tymczasem nic z tego. Sama tylko słabość i raczej apatia. Z rzadka, i to z trudem, westchnienia „O Boże”. I to wszystko, więcej nic. Później, kiedy już wyzdrowiałem, jeden z więźniów lekarzy mówił mi, jak bardzo się obawiał, że ja tej nocy umrę. Nie umarłem jednak.

Od owej nocy minęło już 20 lat. Przez tych 20 lat przygotowałem wielu, nawet bardzo wielu, na dobrą chrześcijańską śmierć. Niemało już z nich umarło po chrześcijańsku. Nie zapominajmy nigdy o śmierci i o wieczności, tak jak nam to doradza Pismo św.: „Bez przestanku rozważaj swoje rzeczy ostateczne, a nie zginiesz na wieki”.

***

W czerwcu 1957 r. objeżdżałem polskie wioski w okolicy Ałma-Aty. Przeżyłem tam wiele głęboko wzruszających momentów. W jednej wiosce dosłownie cała wieś czekała na mnie. Kiedy przyjechałem (samochodem osobowym), dziewczęta odświętnie ubrane otoczyły mnie wieńcem jak prymicjanta i wprowadziły do domu przeznaczonego na nabożeństwo, a lud cały śpiewał bardzo pięknie „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. W innej wiosce powitał mnie krótkim przemówieniem w obecności licznie zgromadzonego ludu miejscowy patriarcha, pan Stanisław Lewicki. Było to chyba najbardziej wzruszające przemówienie wygłoszone do mnie w całym życiu. Pan Lewicki mówił: „Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt o nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty”. Płakał czcigodny patriarcha, płakał cały zebrany lud, płakał i ksiądz razem z nimi. Ale to były dobre łzy.

Otóż któregoś dnia czerwcowego przyjeżdżam z jednej wioski do drugiej. Droga była daleka, ok. 30 km. Jechałem kiepską furką zaprzężoną w parę niepozornych koników. Ubrany byłem całkiem niereprezentacyjnie. Dość porządną walizkę miałem ukrytą pod słomą, żeby nie zwracała niczyjej uwagi. Cóż, kiedy droga była przeważnie polna, kiepska furka mocno trzęsła i raz po raz walizka wyskakiwała spod słomy, tak, iż trzeba było kilka razy w drodze przystanąć, aby ją znowu ukryć. Był przepiękny dzień czerwcowy w pełnym blasku popołudniowego słońca. Ani chmurki na niebie. Na prawo od nas obszerna, urodzajna równina, na lewo majestatyczne pasmo gór o szczytach pokrytych śniegiem.

I wówczas poczułem się bardzo szczęśliwy i wdzięczny Opatrzności za to, że mnie tam przyprowadziła do tych tak biednych i opuszczonych, a przecież tak bardzo wierzących i miłujących Chrystusa. Tego szczęścia doznanego na owej trzęsącej się furce nie zamieniłbym na największe zaszczyty i przyjemności. Nieraz później, zwłaszcza w ciężkich chwilach, jakich mi nie brakowało, przypominałem sobie to olśniewające przeżycie.

Nie wiem, co przyniesie przyszłość, nawet najbliższa, mnie i moim przyjaciołom pracującym w duszpasterstwie w Związku Radzieckim. Nie wiemy, w jaki sposób Opatrzność Boża czuwać będzie nad naszym Kościołem w tym kraju. Wiem tylko jedno, iż słodkie jest jarzmo Chrystusowe, a brzemię Jego jest lekkie… Zakończyłem pisać 18 maja 1970 roku.

Błogosławiony Ks. Władysław Bukowiński – „Wspomnienia z Kazachastanu”– fragmenty

Na podstawie: http://www.wolaniecom.parafia.info.pl 
Zobacz także
Obowiązki państwa katolickiego względem religii (część 2)
Od zranienia grzechem do uzdrowienia mocą Chrystusa

Zostaw komentarz

Treść*

Twoje Imię*
Strona www

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.